Wszystkie te ciuchy, w które się nie mieszczę… Minimalizm jesienny.

Za oknem pierwsze objawy jesieni, chłodne poranki i wieczory skłaniające do wcześniejszych powrotów do domu. Niedługo do kompletu dojdzie kubek rozgrzewającej herbaty i koc lub choćby cieplejsze skarpety.

Bardzo lubię ten czas, także ze względu na jesienną garderobę. Te wszystkie wielkie i ciepłe swetrzyska , poncha, szale… Można się w końcu stylowo zakryć.
(W lecie byłam zakryta zdecydowanie mniej stylowo a już na pewno byłam spocona pod minimum jedną nieprzezroczystą warstwą, co wyklucza i jako-takie wyglądanie i czucie się komfortowo.)

Pora otworzyć szafę, powyciągać letnie szmatki, posegregować, popakować w kartony czy worki i powynosić do piwnicy. Przynieść z kolei ubrania zdecydowanie cieplejsze, które wyniosłam kilka miesięcy temu. Moje mieszkanie jest niewielkie i muszę/powinnam zmieścić wszystko w jednej szafie. Sezonowa wymiana garderoby pomaga mi przewietrzyć i głowę i moją dwudrzwiową bez lustra. Nie zginę też pod stertą ciuchów wysypujących się za każdym razem jak ją otworzę, chociaż do modowego minimalizmu było mi zawsze dalej niż bliżej. Aż do dzisiaj.

Zrobiłam tak jak napisałam. Przyniesione na górę powyciągałam z worów, rozłożyłam na podłodze i podziwiam… Całkiem fajne rzeczy, niektóre jakimś cudem mieszczą się w aktualnych„trendach”.

Ale wiecie co – nie zmieszczę się. No nie wcisnę! O spodniach nie ma mowy, marynarki wyglądają dobrze (ale tylko jak są rozpięte) a te swetry z warkoczowymi splotami dziwnie się rozłażą na boki i z warkoczy robi się prawie płaski pas włóczki.

Jakbym przez miesiąc nie jadła to może mogłabym założyć te, czy tamte jeansy ale gwarancji, że się dopnę sama sobie nie dam. Akurat na spodniach najbardziej mi zależało…

Koń jaki jest każdy widzi a sytuacja zastana tak szybko się nie zmieni, nie mam wyboru – wprowadzam minimalizm w szafie. Minimalizm wymuszony.

– 2 pary jeansow. Tych cieńszych, które nosiłam latem. Wtedy mi się w nich tyłek pocił teraz będzie marzł. Równowaga w przyrodzie zachowana.

– 3 rozpinane, długie kardigany. Nie mają guzików co od razu sugeruje, że to idealne rozwiązanie dla mnie. Dobre dla każdej figury.

– 1 sukienka – tu podobna sytuacja jak ze spodniami, bo letnia. Da się ograć rajstopami i czymś na górę.

– 1 spódniczka

– Kilka bluzeczek, które sprawdzają się niezależnie od pogody.

Tyle ze mną zostaje. W szafie zrobiło się jakoś tak… przestrzennie. Wiatr może hulać między wieszakami do woli. Za to czysto, schludnie i wszystko mam na widoku od razu.

A teraz idę znieść te wory, które przyniosłam a nie spodziewałam się, że je wyniosę z powrotem tak szybko. Worki ciężkie, schodów do pokonania nie tak znowu dużo i w dodatku w dół. Ale trzeba jeszcze wrócić, może spalę te 10 kalorii.
Bo o to chodzi, żeby w każdej sytuacji widzieć pozytywy.

photo-1458662236860-b721a6735660.jpg

O płaszczu nie wspomniałam, bo przecież i tak kupuje się go” na coś grubszego pod spodem”, więc pasuje. Jeszcze jedna dobra wiadomość – rozmiar stóp się tak łatwo nie zmienia. 😀

Jeden Komentarz Dodaj własny

  1. Akwarysta pisze:

    Brawo

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s